• Wspomnienie o Profesorze Bogdanie Janasie, zwanym Sorem lub Jonesem. Kiedy przyjechałam na Dworzec Wschodni w sierpniu 1985, żeby dołączyć na obóz w Tatrach organizowany przez XXVIII LO Kochanowskiego, na środku hali kłębiła się młodzież składająca w jednym miejscu namioty i brezentowe torby z napisem JONES (czyt. Dżons). Jonesa zapamiętałam w czerwonym swetrze, jakie nosili GOPR-owcy, w który miał wbitą złotą Górską Odznakę Turystyczną PTTK. Nosił zwykle ciężkie buty, niepretensjonalne ubranie, był człowiekiem skromnym. Wyglądał na surowego mężczyznę z charakterem i wielkim sercem. I tak było…. Sor znał góry, ich urok i niebezpieczeństwo, od lat wyjeżdżał co najmniej dwa razy w roku na obozy z młodzieżą szkolną. Gnał po dolinach i szczytach także własne dzieci - Piotrka - nieprzeciętnie inteligentnego i z ogromną wiedzą, z którym można było pogadać na każdy temat, Maksa - uwielbianego przez wszystkich przewodnika i naszego lekarza i Ankę, która trochę była od nas młodsza, ale dzielnie aspirowała do bycia częścią tej grupy, co było nie lada zadaniem w grupie młodzieży, która jak najszybciej chciała być dorosła i na młodszych oglądała się niechętnie. Na obozy czasem przyjeżdżała Sorowa, czyli żona Sora i przywoziła wtedy ze sobą psa Miśkę, która oszczekiwała obcych pilnując naszych namiotów, jak byliśmy „na trasie”. Kiedy wracaliśmy wykończeni po długich wyprawach, Sorowa zarządzała posiłkiem i wdzięcznie, i żartobliwie stopniowała dla nas przymiotnik „głupi, głupszy, turysta”, co wzbudzało gromki śmiech i dumę z przejścia kolejnej trasy. Sor wiedział o górach wszystko – my wówczas nic, a ja na pewno. Wszystko co powiedział było święte i nie pamiętam, żeby wzbudzał co innego niż autorytet. No więc uczył nas tych gór przez ich doświadczanie, bo Sor wiele nie mówił. Jak jednak mówił, to wszyscy słuchali, bo w krótkich zdaniach było wiele treści. Uczył nas gór, a my uczyliśmy się i gór i siebie, bo byliśmy wtedy niedoświadczeni, krnąbrni, czasem nieodpowiedzialni, lubiliśmy brawurę – wszystko stosownie do wieku. Pamiętam jak podczas postojów na trasie wyciągał rękę i objaśniał nam geografię gór – nazywał szczyty, doliny, przełęcze, pamiętał kolory szlaków, jak się ze sobą łączą i ile trzeba czasu na jaką trasę. Był wszędzie. Dla mnie, która miała chyba najgorszą kondycję na każdym obozie, było to nieprawdopodobne, ale ciągnęłam się w ogonie grupy, bo chciałam dać radę, pokonać własne słabości i wejść na te szczyty, o których opowiadał Sor. Jadło się w tedy słabo – ser żółty, dżem, obiady domowe u gaździny były rarytasem, w schroniskach jedzenie było wyjątkowo podłe – poza chlebem ze smalcem i kaszą z sosem, o dumnej nazwie „gulasz”, niewiele w nich było. Może czasem pomidorowa. Nie pamiętam, żebyśmy nosili wodę, chyba piliśmy ze strumienia, na trasę braliśmy kanapki, puszki i kochery, żeby coś podgrzać. Nie było wody mineralnej w butelkach, płynów izotonicznych, batonów energetycznych, specjalnych oddychających ubrań i skarpet. Mieliśmy na nogach zwykłe ciężkie i niewygodne pionierki, które powodowały pęcherze i obtarcia, z którymi rozprawiał się Maks z miną chirurga, którym później został. Nie przestawaliśmy jeździć na obozy Sora, nawet wtedy, kiedy już byliśmy po maturze i nie mogliśmy być formalnie częścią wiary obozowej. Przyjeżdżaliśmy z namiotami, a Sor zgadzał się, żebyśmy rozbili je obok i razem z nimi chodzili na trasy. Mówili wtedy na nas „Starzy”, a my patrzyliśmy jak „Młodzi” zaczynają tę sama przygodę. Została mi w pamięci historia, kiedy z grupą „Starych” (5 osób) poszliśmy przez Iwaniacką przełęcz na Kominiarski Wierch. Potem zeszliśmy do Schroniska na Hali Ornak, wyszliśmy Kościeliską do Kir i jeszcze pojechaliśmy do Zakopanego. Zaczęliśmy wracać do obozu w Dolinie Chochołowskiej, kiedy z dworca PKS nie odchodził w tę stronę żaden autobus. Wróciliśmy do obozu piechotą koło 23:00, albo później. Z perspektywy czasu podziwiam tę kondycję! Na przyzbie chaty naszej gaździny, u której mieliśmy pole namiotowe i stołówkę (teraz jest tam parkingi dla rowerów) siedział Jones. Wyglądał jak burza nad Tatrami i tak też nas przyjął. Do głowy nam nie przyszło, że mimo, że byliśmy „Starzy” i nie byliśmy formalnie częścią grupy, za którą odpowiadał Sor, denerwował się o nas jak o własne dzieci, a wyszliśmy z obozu o świcie. Podczas gdy my bawiliśmy się w najlepsze na szlakach, a potem w Zakopanem, on niepokoił się, czy nam się coś nie stało. Grzmiał i huczał, a do nas powoli docierało, że mieliśmy dwie różne perspektywy. Jego złość była karą przez cały następny dzień. Miał rację. Takiej lekcji odpowiedzialności, powagi i dojrzałości nie odebrałam chyba w życiu od nikogo. Dodatkowym bólem było odrabianie u Sora zaufania i czekanie, aż przestanie się na nas złościć i traktować normalnie, na co ewidentnie sobie nie zasłużyliśmy. Sor miał ogromną wiedzę, ale jak nie wiedział, to umiał powiedzieć „nie wiem”. Gdy trzeba było umiał też przyznać się do błędu– to budziło powszechny szacunek. Sorze, wiadomość o tym, że Pan zawołał Cię do siebie dotarła do mnie, gdy schodziłam z Grzesia do Doliny Chochołowskiej, tej samej którą przemierzaliśmy po wielokroć, żeby dostać się na szlaki Tatr Zachodnich i gdzie mieliśmy przez kilka lat bazę wypadową. Miałam szczęście, że byłeś w moim życiu, może niedługo a intensywnie i wtedy, kiedy charakter człowieka kształtuje się na zawsze. Patrzę na zdjęcie, które mi podarowałeś z dedykacją. Opierasz się na nim o grabie po tym, jak nas zmobilizowałeś, żebyśmy w Dolinie Kościeliskiej pomogli góralom uformować snopy siana przed burzą, która w przeciwnym razie rozwiałaby wszystko. Mam nadzieje, że chodzisz po Tatrach wciąż i wciąż będąc już teraz w innym wymiarze… Zakorzeniona przez Ciebie miłość do Tatr gna mnie po szczytach, na których wspominam tamte lata, tamte szlaki, tamtego Jonesa.

        Izabela Stachurska (uczestniczka obozów letnich i zimowych w latach 1985-1988)

        Wspomnienie_o_Bogdanie_Janasie_Izabela_Stachurska.pdf

        Wraz z odejściem profesora Bogdana Janasa zamknęła się ćwierćwiekowa epoka 28 L.O. im. Jana Kochanowskiego. Przez tyle lat, w lecie i w zimie, “panował” w turystyce kolega Bogdan. Uparcie, mimo wielu trudności -stan wojenny, kartki na żywność, przejazdy PKS i koleją-organizował obozy wędrowne w Tatrach, a potem pod namiotami w Zakopanem.Towarzyszyłam Mu jako “pani Basia” -ta druga. Piękne to były wędrówki, nieraz do maksymalnego zmęczenia. Raz,po przejściu Czerwonych Wierchówdrobna i szczupła Izunia,jedna z uczestniczek powiedziała: “Nie wiem, jak się nazywam.” Profesor miał duży autorytet u młodzieży jako nauczyciel chemii. To ułatwiało Mu organizowanie obozów. Zawsze był szefem, decydującym o wszystkim. Radziliśmy sobie z wyżywieniem, z przejazdami, z kolejkami po żywność (np. dżem w Krynicy), poszukiwaniem miodu u górali czy zdobywaniem konserw.Pan Bogdan doskonale uczył abc-turystyki górskiej. Potrafił trzymać młodego człowieka w ryzach, ale też komitywie. Rozmiłował młodzież w wędrówkach. Przemierzyliśmy całe Tatry polskie i częściowo czeskie. Każde zimowe ferie na nartach,w Tatrach czeskichi we włoskich Dolomitach. Pan Bogdan nie jeździł na nartach, ale zawsze czuwał, jak sokół, z Biblią w ręku. Przez lata nikt nie wybierał chemii na maturze, ponieważ był to trudny egzamin. Wydarzeniem nadzwyczajnym był uczeń, który jako pierwszy i przez długie lata jedyny, zdawał maturę z chemiiw roku 1972. To był mój syn, który ze mną i swoją żoną uczyłpodczas szkolnych wyjazdów jazdy na nartach. Profesor chwalił się tym jedynym odważnym.Pan Bogdan był dla mnie najlepszym kolegą, znakomitym nauczycielem i towarzyszem bezpiecznych wędrówek po pięknym świecie. Tyle lat uroczego kontaktu nie da się wykreślić z pamięci. Do końca pozostaliśmy ze sobą na “pani Basiu”, “panie Bogdanie”..
         
        Pani Barbara Brzozowska (nauczyciel wychowania fizycznego w Kochanowskiem od roku szkolnego 1972/73)

                                                                  

        Istota wspomnień polega na tym, że nic nie przemija”

                                                                                                                              (E.Canetti)

         

         

        Pan Profesor Bogdan Janas zapisał się w mojej pamięci jako nauczyciel wymagający, z jasną hierarchią wartości, a zarazem pełen humoru. Doskonale się z nim rozmawiało, barwnie i dowcipnie przywoływał ciekawe historie z życia szkolnego. Zawsze rzetelny, punktualny, spokojnym krokiem zmierzał w stronę swojej , jakże bogatej w różne przedmioty, pracowni chemicznej.

         Zapytałam wychowanków Pana Profesora Janasa, co szczególnego utrwaliło im się w pamięci z czasu, kiedy byli Jego uczniami. Wspominali o eksperymentach na lekcjach chemii ( czasem – z niespodziankami), o organizowanych przez Profesora wyprawach na narty do Włoch. Szczególnie zapamiętali sprawdziany. Na klasówkach z chemii było najwięcej grup! Pan Profesor oznaczał je kolorami, które sami uczniowie musieli nazwać i które nie odwzorowywały barw ogólnie znanych. Równie wielkim wyzwaniem co rozwiązanie zadań  stawało się zatem odgadnięcie nazwy grupy ( oczywiście, Profesor z radością pomagał tym, którzy nie wiedzieli, że chodziło np. o kolor adwentowy). Można  stwierdzić, że świat chemii z Panem Profesorem- dosłownie i w przenośni- był pełen kolorów!

        Absolwenci wspominali również o tym, że mieli polecenie nauczenia się na pamięć całej tablicy Mendelejewa. Chyba nie buntowali się za bardzo, gdyż mieli w planach studia przyrodnicze. I rzeczywiście, wielu wychowanków Pana Profesora to dziś lekarze, farmaceuci,  chemicy, absolwenci biotechnologii. Słynne okazały się kalendarze , w których dokumentował swoją pracę, a zarazem upamiętniał kolejne roczniki naszych uczniów.

         

        Absolwenci podkreślali , że Pan Profesor Bogdan Janas był zawsze uśmiechnięty, emanował ciepłem i spokojem. Ja również takim Go zapamiętam.

                                                                              

                                                                                                       Anna Patek- Olek

        nauczyciel języka polskiego

        wicedyrektor  w latach 2004-2018



        Odszedł Pan Zenon Ptaszyński, wspaniały Kolega, zaangażowany, pełen pasji Nauczyciel. Po prostu Dobry Człowiek.

        Miałem okazję pracować z Nim przez prawie cały okres mojej aktywności zawodowej. To był dla mnie bardzo ważny okres. To było szczęście poznać Człowieka, oddanego, zawsze gotowego do pomocy innym. Zarówno na gruncie zawodowym jak i w relacjach prywatnych gotowego do poświęcenia własnego czasu i energii dla spraw, których się podejmował. Jak to w życiu zawodowym, czasami pojawiały się trudniejsze sytuacje. Zenek zawsze potrafił wyjść naprzeciw problemom i dążył do ich konstruktywnego rozwiązania. Uczył wiary w ludzi.

        Czasem - z pozoru - szorstki w obyciu, cieszył się ogromnym autorytetem wśród zawodników szkolnych reprezentacji sportowych. Uczestniczyłem w wielu meczach koszykarskich reprezentacji Kochanowskiego. Wielką przyjemnością było oglądać żywe reakcje Trenera na wydarzenia na boisku, Jego zaangażowanie w kierowanie zespołem i zaufanie zawodników do Jego wskazówek i decyzji. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że zbudował na lata sportową potęgę Kochanowskiego, jakże ważną dla wizerunku Liceum.

        Tak trudno pogodzić się z tym odejściem. Żegnaj Zenku !

         

        Jerzy Kunicki

        Dyrektor Kochanowskiego

        w latach 1992-2017

         

        Odeszła Legenda sportu szkolnego na Mokotowie, Zenon Ptaszyński

        Z olbrzymim smutkiem i żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Zenona Ptaszyńskiego, nauczyciela wychowania fizycznego w 28 LO im. J. Kochanowskiego na Mokotowie.

        "Profesor Zenek" był wspaniałym wychowawcą wielu pokoleń młodzieży szkolnej, współtwórcą sukcesów sportowych w wielu dyscyplinach sportu, oddanym, niezłomnym nauczycielem i trenerem.

        Od kilkudziesięciu lat jego osiągnięcia i sukcesy sportowe oraz licznie zdobyte medale w mokotowskim i warszawskim sporcie szkolnym, przynosiły dumę mokotowskiemu środowisku sportowemu i sławiły dzielnicę Mokotów na szkolnych arenach sportowych Warszawy i Mazowsza.

        Olbrzymi dorobek sportowy "Zenka" zapisał się w historii warszawskiego sportu szkolnego i Warszawskiej Olimpiady Młodzieży i mógłby być wzorem do naśladowania dla wielu młodych pokoleń nauczycieli wychowania fizycznego.

        Wielokrotnie odznaczany i nagradzany za swoją pracę i wkład w usportowienie młodzieży, był także wielką inspiracją dla koleżanek i kolegów "po fachu". Znakomity nauczyciel i trener, charakteryzujący się profesjonalnym podejściem i miłością do sportu, potrafiący zarazić swoją pasją nie tylko młodzież szkolną, ale także młode pokolenie nauczycieli.

        Dla osób, które go znały był wzorem pracowitości, rzetelności i sumienności. Z pełnym oddaniem wywiązywał się ze swoich pedagogicznych i trenerskich zobowiązań. Sprawdził się także jako profesjonalny organizator akcji oraz zawodów sportowych.

        Wielu z nas miało okazję go spotkać na mokotowskich i warszawskich zawodach sportowych. Zawsze obecny, aktywny, zaangażowany i dopingujący swoich wychowanków do osiągania sukcesów sportowych, także często dzielący się swoim doświadczeniem ze środowiskiem sportowym.

        Sport szkolny był dla Zenona zawsze wielką pasją, której bezgranicznie się oddawał, poświęcając każdy wolny czas.

        Choć "Profesora Zenka" nie spotkamy już na sportowych arenach, pozostaną z nami jego wspaniałe osiągnięcia i sukcesy oraz pamięć o człowieku pełnym pasji, humoru, ciepła i bezwarunkowego koleżeństwa.

        Żegnamy Ciebie trenerze w smutku i żalu. Było dla nas zaszczytem współpracować z Tobą i czerpać, co najlepsze z Twojego doświadczenia. Dziękujemy za wszystko.                                  

        Rada i Zarząd Dzielnicy Mokotów, środowisko sportowe, koleżanki, koledzy, przyjaciele.

         

    • Kontakty

      • XXVIII Liceum Ogólnokształcące im. Jana Kochanowskiego
      • lo28.sekretariat@kochanowski.waw.pl
      • 22 844 29 21
      • ul. Wiktorska 99 02-575 Warszawa
      • lo28.sekretariat@kochanowski.waw.pl
  • Galeria zdjęć

      brak danych